• Wpisów: 51
  • Średnio co: 34 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 19:00
  • Licznik odwiedzin: 4 381 / 1779 dni
 
lordwmordewol
 
Łapał z trudem oddech, dławiąc się za każdym razem i ciężko kaszląc. Okręcił delikatnie głowę w bok, na tyle na ile mógł. Łzy lały się potokami po policzku. Wszystko w ogniu, gdzieniegdzie przewijały się części konstrukcji zawalonej potężnym wybuchem. Dostrzegał zarysy ciał, a czasami samych kończyn bez korpusu. Zakaszlał wywracając oczyma. Przypomniało mu się wszystko, całe jego życie. To jak dorastał w trudach roli: ile by oddał aby znowu móc wstać wraz ze słońcem ale po to aby mu się przyglądać a nie zabarwiać go purpurą. To jak poznał swą żonę: najpiękniejszą kobietę, jego ukochaną która zawsze go wspierała, która teraz jest daleko stąd, która nie wie przez jakie piekło musi przechodzić. Przypomniał sobie o swych dzieciach: co im pozostawi? Nie widział jak stawiają pierwszy krok, nie usłyszał ich pierwszego słowa, nie mógł pomóc im w podziwianiu piękna świata. Ujrzał obraz z przyszłości. Swego pogrzebu, płaczącej szatynki i dwójki małych dzieci które nic z tego nie rozumieją, dojrzał dwójkę starszych ludzi którzy wychowywali go w miłości. Mieli pochować męża, ojca i syna jednocześnie? Zacisnął dłonie w pięści i obrócił się z trudem na brzuch, aby z tej pozycji móc chociażby się czołgać, iść na czworaka, pełznąć. W jakikolwiek sposób wydostać się z tego piekła. Mimo odniesionych ran, wstał na chwiejących się nogach i niepewnym krokiem ruszył przed siebie. Niesamowitych sił dodawała mu wizja jego własnego pogrzebu. Miał w sobie niekończące się pokłady chęci życia. Chciał żyć, musiał żyć, mógł żyć. Mijał szczątki swych kompanów. Zaczął rzewnie płakać gdy uświadomił sobie ilu zginęło jego przyjaciół, ile trumien pojedzie do rodzinnego kraju, ile rodzin takich jak jego pochowa męża, ojca i syna. Szedł i płakał jak małe dziecko, które po raz kolejny szło do pokoju rodziców po tym, jak ujrzało potwora pod łóżkiem. Ale już widział bezpieczną bazę, ludzi którzy się krzątali i jechali w jego stronę. Coś do niego krzyczeli i machali. Nadal płakał, lecz tym razem były to łzy radości. Przeżyje. Rozłożył ręce i odchylił głowę do tyłu, chcąc podziękować jakiemukolwiek Bogu za życie. Nie zdążył. Mała kula przebiła jego plecy, aby wyjść klatką piersiową. Spojrzał w dół z niedowierzaniem. Upadł na kolana, nadal płacząc. Tym razem były to łzy nie strachu czy szczęścia. Były to łzy prawdziwego smutku. Spróbował zatamować krwotok, lecz czuł jak opuszczają go siły. Spojrzał na swoją zakrwawioną dłoń, szeroko otwartymi oczyma. Podniósł wzrok na nadjeżdających przyjaciół. Przed oczyma pojawiła się jego żona wraz z dwójką dzieci. Gdy wyciągnął do nich dłoń, oddalili się. Chciał wstać, lecz nie posiadał tylu sił. Krzyknął przeraźliwie jak ciężko ranione zwierzę. Nie mógł poddać się tak łatwo. Zacisnął szczękę ze wszystkich sił i wstał. Przez chwilę przyglądał się z wdzięcznością i delikatnym smutkiem swoim ludziom, po czym rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze.

....

Przyglądał się wszystkim ciemnym trumnom. Żal ściskał mu serce widząc swoich przyjaciół w tych drewnianych pochłaniaczach życia. Z każdym się pożegnał, po czym wrócił do swej zapłakanej żony i dzieci. Po wszystkim ruszyli do samochodu. Jedno z dzieci zadarło głowę do góry i spytało.
- Mamo, dlaczego płaczesz? - szatynka wytarła swe oczy, z trudem powstrzymując płacz. Odpowiedziała.
- Bo umarło wiele ludzi... - otworzyła usta aby jeszcze coś dodać, lecz ponownie zaniosła się szlochem. Dzieci posłusznie szły dalej za nią, rozmawiając cicho między sobą. Jej mąż objął ją delikatnie i ucałował w skroń. Wyszeptał.
- Proszę... kochanie... nie płacz już... - po czym ją puścił  widząc, iż nic nie wskóra. Ich córka pociągnęła mamę delikatnie za płaszcz. Ona zatrzymała się i ukucnęła. Powstrzymując szloch spytała.
- O co chodzi? - powiedziawszy pogłaskała ją po głowie, na co dziewczynka również ją pogłaskała i odpowiedziała cicho.
- Tatuś prosił Cię, abyś już nie płakała... - kobieta lekko uśmiechnęła się i wzięła ją na ręce. Po jej policzkach jednak nadal toczyły się łzy.
- Dobrze kochanie...

....

- A tata? - dziewczynka nie dawała za wygraną. Szatynka westchnęła, zapinając kolejną spakowaną torbę. Ucałowała córkę w czoło.
- Tata przecież przeprowadzi się z Nami. - dziewczynka potaknęła energicznie głową. Kobieta przypatrywała się jej z uśmiechem. Poprosiła córkę, aby te torby zaniosła do salonu i zajęła się młodszym bratem. Gdy tylko dziewczynka wyszła z pokoju, kobieta ponownie się rozpłakała, padając na kolana. Po chwili do pokoju wbiegło oboje dzieci i mocno ją przytulili. Matka próbowała się uśmiechnąć i coś powiedzieć, lecz żal zbyt bardzo zaciskał się na jej szyi. Dziewczynka widząc to pogłaskała mamę po głowie i cicho powiedziała.
- Pamiętaj mamusiu, tatuś przecież zawsze będzie nad nami czuwał. - kobieta przytuliła dzieci do siebie potakując głową i cicho szlochając. Tymczasem jej mąż pod postacią anioła przytulał całą czwórkę mocno do siebie. Nie stracił ich. Dla niego było teraz ważne iż może ich bronić, do momentu aż dadzą sobie już całkiem sami radę. Mimo iż e jego policzków toczyły się łzy, uśmiechał się ciepło i szczerze. Wyszeptał cicho.
- Nie bójcie się, gdyż jestem z wami...

Nie możesz dodać komentarza.