• Wpisów: 51
  • Średnio co: 36 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 19:00
  • Licznik odwiedzin: 4 527 / 1900 dni
 
lordwmordewol
 
Bardzo mnie to zdziwiło...Od czasu do czasu wchodzę i czytam swoje wpisy. Od razu mam ochotę usunąć wszystkie. Wszystko co pisałam jest takie nie dorzeczne...to tylko słowa. Nic nie warte. Moje przemyślenia są jednymi z tysięcy, moje jedno słowo jest jednym z miliarda, moje problemy są jednymi z bilionów. Dlaczego więc zaczęłam pisać cokolwiek na stronie internetowej czy tam jak to zwą blogu? Zadaje sobie to pytanie zawsze jak znowu widzę mojego bloga. Jak się zaloguję i gdy już po raz piąty usunę cały tekst który chcę dodać. To tylko nic niewarte moje słowa. Dlaczego to jest takie trudne a jednocześnie tak proste? Zrozumieć kogoś jest mi bardzo trudno, ale strasznie się staram. Myślałam że taki blog będzie dobrą alternatywą do złagodzenia chociaż fobii społecznej czy też znajdę miejsce gdzie nareszcie będę mogła wylać z siebie wszystko co mnie trapi i gryzie, wszystko czego nie mogę zrobić w domu gdyż rodzina zamyka swe kręgi nie wpuszczając mnie do nich a przyjaciele zostawili mnie gdy okazało się iż mam większe problemy nawet sama ze sobą. Gdzie tu jest sprawiedliwość? Przestałam ufać komukolwiek...powoli przestaję ufać nawet samej sobie. Czuję się...sama nie wiem. Jakby to nie był mój świat? Wszyscy gdzieś pędzą, jeden drugiego obgaduje i knuje za jego plecami. Każdy chce jak najwięcej wiedzieć, być w centrum informacji więc zjawiają się dopiero gdy widzą iż coś Ci się stało. Zlatują się jak chmara sępów, udając wielce przyjaciół, a później zostawiają na nowo jak gdyby nic się k***a nie stało. Ludzie...oni..nie daję po prostu rady..wszystko zaczyna mnie przerastać. Tyle lat walczyłam właśnie z tym. Z nieufnością. A teraz Ona na nowo wbiegła wręcz w moje życie, rozwalając wszystko wkoło. Boję się ludzi. Nie chcę z Nimi rozmawiać-ale przecież codziennie jakiś spotykam. Nie chcę dłużej się do nich uśmiechać-ale nie potrafię się nie uśmiechać, nie potrafię...Życie stało się dla mnie strasznie męczące i skomplikowane. Ryczę dzień w dzień. A później jestem na siebie cały czas wkurzona że okazałam się tak słaba. Teraz też ryczę. Że jednak kogoś obchodzi co się ze mną dzieje. Ale później jest wiele wątpliwości które dopiero teraz pozwoliły mi do Ciebie napisać. Jestem jak roztrzaskana filiżanka po której ludzie jeszcze przechodzą nie zauważając jej. Dlaczego aż tak ze mną źle? Moja mama powiedziała mi iż jestem zupełnie jak ojciec, gdy powiedziałam jej ze łzami w oczach aby tak nie mówiła(bo to dla mnie najgorsza obraza)to Ona powiedziała iż to prawda i że pewnego dnia zniknę tak jak on. Siostra, ta sama której tak strasznie ufałam i miałam w niej wsparcie, powiedziała że jestem kretynem który tylko próbuje zwrócić na siebie uwagę, na dodatek wszystko co jej mówiłam ona leciała i powtarzała mamie. Psychiatryk chce mnie zamknąć w psychiatryku. Reszta rodziny, a szczególnie babcia w której miałam oparcie po akcji z siostrą i mamą, okazało się iż obgaduje mnie właśnie z Nimi i resztą rodziny. Wszyscy są tacy kłamliwi...Dodatkowo mam podejrzenie raka macicy. Nie wiem co robić po maturach. Nie chce mi się żyć. Nie chcę dalej żyć w tym dziwnym świecie, gdzie gdy jesteś szczery i miły, to oblewają Cię błotem i wytykają palcami. W tym świecie w którym liczą się pieniądze i gdzie rządzi ta osoba która jest najbardziej zakłamana, która najwięcej oszukuje, która obgaduje i knuje za wszystkimi plecami. Nienawidzę siebie i tego świata za to iż w ogóle się narodziłam. Mam przeogromną nadzieję iż rak okaże się prawdą i że będzie do tego złośliwy. Chcę umrzeć-brzmi egoistycznie i może jest egoistyczne. Mam pomyśleć jak odbiorą to moi najbliżsi? Oby zrozumieli iż to przez nich, a żeby nie mieli żadnych wątpliwości, napiszę im długi list-aby już na zawsze czuli się winni. Nie mam dla kogo żyć...mój chłopak mnie zostawił. Stwierdził iż moja depresja, fobia społeczna i nawet podejrzenie raka to dla niego za dużo. Że jeśli teraz, w ciągu dwóch dni nie wyleczę się chociaż z dwóch rzeczy to dochodzi. Nie idzie wyleczyć się z depresji-ona jest z nami na zawsze. A jeśli nawet, to nie idzie tego zrobić z dnia na dzień. Czy coś mi niecierpliwością. Gdy nareszcie zamknę oczy  i spokojna usnę na zawsze. Gdy znikną wszelkie zmartwienia i problemy. Gdy będę mogła wydać ostatnie tchnienie po chichu przeklinając mych wrogów.
Mimo tego zła mi wyrządzonego..powiedź mi. Dlaczego nadal chcę i pomagam innym? Czy ja jestem jakaś chora na umyśle? Czy to wnieść zakupy, czy to zaopiekować się dziećmi, czy to nawet iść z głupimi psami na spacer-dlaczego nadal to robię? Do cholery...czuję taki dziwny przymus i obowiązek. Gdy nie pomogę komuś lub nie spełnię tego zasranego dobrego uczynku w ciągu dnia, to później ciężko jest mi zasnąć. Człowiek z depresją i fobią społeczną który pomaga ludziom. Bezsens i nonsens. Mam taki burdel w głowie...wszystko się gdzieś wala i nie ma swojego miejsca. Wiesz jakie to straszne uczucie gdy umiera się, tak w środku? Boli. Strasznie boli. Inni nie zdają sobie z tego sprawy. Przecież chodzisz i oddychasz. Ale przestajesz powoli się uśmiechać i cieszyć. Powoli umierasz...zapadam się w tę noc. Chcę w niej utonąć.
Dziękuję i przepraszam Samotna_w_tłumie…


IMG_0170.JPG

Nie możesz dodać komentarza.