• Wpisów:51
  • Średnio co: 34 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 19:00
  • Licznik odwiedzin:4 433 / 1817 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Słońce powoli wstaje, oświetlając jego zmęczoną twarz. Przeciera ją mokrą dłonią, próbując zmyć z siebie resztki wczorajszej bitwy. Jego oddech jeszcze się nie uspokoił a serce nadal szybko bijąc przyspiesza tętno, szykując ciało do dalszych zmagań. Podnosi swoje oczy aby spojrzeć na horyzont. Stoi tak oparty o swój wielki miecz. Tarczę roztrzaskał już jakiś czas temu podczas jednej z wielu walk. Uśmiecha się delikatnie ale pewnie kącikiem ust. Bierze głęboki wdech i trochę dłuższy wydech, jednocześnie opuszczając wzrok. Nie musi wiedzieć co go czeka za tym wyczekiwanym horyzontem. Ktoś podchodzi do jego prawej strony. Nie musi na nich patrzeć gdyż wie, iż to Ci którzy pomagali mu w niejednej walce. Zmieszał podczas bitwy swoją krew z ich własną, dążąc do tego samego horyzontu. Spogląda kątem oka na swoją lewą stronę, gdy dołączają do nich całkiem nowe osoby. Te które uważają, iż nie spełniają jakiejś większej roli. Wojownik uśmiecha się szerzej. Wszyscy Ci ludzie, stanęli z nim ramię w ramię dla walki ku lepszej jutrzence. Każdy z nich jest niezwykły na swój sposób. Jako jedyni potrafią wspomóc i wesprzeć gdy nadchodzi taka pora.
Wojownik prostuje się, podnosząc wzrok ku horyzontowi. Gdyby nie Ci wszyscy ludzie, kiedy by się poddał? Za czwartą, lub ósmą walką? A teraz, dzięki im ile ich już stoczył? Nie wszyscy byli z nim od samego początku, przecież to oczywiste. Ale w miarę swych walk, zyskiwał coraz więcej towarzyszy broni.
Wojownik pamiętał również o tych, których nie było już po jego prawicy. Którzy czuwają nad nim z góry. To również dla nich walczy, spełniając niedopowiedziane obietnice.
Podnosi miecz i przekłada go sobie przez ramię. Rusza pewnym krokiem przed siebie, patrząc z dumą ku horyzontowi. Wie, iż wygra każdą walkę z takimi ludźmi przy swoim boku. Bo każde, nawet najmniejsze wsparcie jest niezwykle cenne. Trzeba umieć tylko je dojrzeć i docenić. Przekonać się, ile znaczymy dla innych ludzi. Ilu z nich wskoczyło by za nami w ogień. Ilu z nich kibicuje nam cicho i gratuluje każdej wygranej.
Pamiętajmy o nich wszystkich. O tych ważniejszych i mniej ważnych. O tych których znamy dwa miesiące, rok czy siedem lat. Jesteśmy niczym gwiazdy. Dopiero gdy jest nas więcej, potrafimy stworzyć niesamowite konstelacje które inni mogą tylko podziwiać.
 

 
Znasz te uczucie skręcania w środku? Mi bardziej chodzi o ten typ skręcania w środku, gdy zbiera się w tobie tyle negatywnych emocji które nie mają nigdzie ujścia. A gdy próbujesz porozmawiać z kimkolwiek na ten temat, o tym co leży Ci na sercu, że Cię boli dusza, że depresja Ci powraca, że myślisz o samobójstwie znowu, to wszyscy to zlewają. Albo przeinaczają i traktują lekceważąco. Albo gdy chcesz tylko zacząć temat to zmieniają go płynnie na coś innego. A że ty jesteś dobrym słuchaczem, to słuchasz i milczysz z smutnym uśmiechem. Przełykając te smutne swoje rzeczy, na rzecz drugiej osoby. W końcu dociera do Ciebie, że nie masz z kim porozmawiać na ten temat. Płaczesz noc w noc bo pomimo tylu osób które znasz jesteś samotny. Bo chcesz dla wszystkich dobrze. Dlatego jak idziesz do sklepu to pomimo tego podłego humoru, uśmiechasz się ciepło i życzysz "dobrego dnia" innym. W domu już nie masz siły na uśmiechanie się, ale starasz się. Aby nikogo nie martwić. W końcu jednak siły coraz bardziej Cię opuszczają. Coraz częściej myślisz o tym, aby przestać być balastem, aby przestać się męczyć, o tym ile znaczysz. Przestajesz uśmiechać się w domu, ale zaczynają pytać. Więc wymuszasz na sobie uśmiech. Nie śpisz do późna, mając nadzieję iż znajdziesz w tym wszystkim jakieś pozytywy. Coś co sprawi iż zachce Ci się żyć. Co sprawi, iż rzeczywiście poczujesz się potrzebna. Wiesz, że masz przyjaciół. Wiesz, że masz osobę która Cię kocha. Ale również wiesz, jak bezwartościową osobą jesteś.
Ogólnie, po prostu... tak mnie skręca w środku z powodu samotności, bezsilności, smutku, bo jestem niepotrzebna, bo jestem bezużyteczna, bo jestem.
Czuję się jakbym była zamknięta w jakimś odrębnym świecie. Jakby to co się dzieje tutaj i teraz mnie nie dotyczyło.
Męczę swój umysł, aby w końcu gdy kładę się spać zechciał nie skomleć tak żałośnie. Aby dusza przestała mu przeciekać przez skomlenie.
Bo powoli przestaję to znosić.
Bo powoli wymuszanie uśmiechu sprawia mi fizyczny ból.
Bo powoli po kawałeczku umieram.
Chcę zawołać żałośnie kogokolwiek, kogoś kto by w tej chwili mi pomógł. Chociażby jak reszta swojego rodzica. Ale przez moje gardło przechodzi tylko zduszone powietrze, wymieszane z niedowierzaniem i łzami.
Łzami którymi się cały czas dławię.
  • awatar Gość: Jeśli nie wiem, na czym stoję - czuję się tak samo. Właśnie teraz tak się czuję.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zadzwonię. Porozmawiam. Bo chcę aby było jak kiedyś. Gdy miałyśmy tylko siebie. Pamiętasz? Gdy mama już latała za kimś innym, gdy tata nas zostawił i się ulotnił, gdy nikt tak naprawdę nie znał naszej historii do końca, gdy tylko my siebie rozumiałyśmy, gdy potrafiłyśmy rozśmieszyć się nawzajem do łez. Pamiętasz te obietnice które sobie składałyśmy? Nawet te najgłupsze, dotyczące dnia następnego aż do tych wybiegających w odległą przyszłość. Więc co się popsuło?

Zastanawia mnie, czy zdajesz sobie sprawę z tego, iż odwiedzałam rodzinę tylko ze względu na Ciebie. Tłukłam się te 6 godzin pociągami z myślą, iż w końcu Cię zobaczę. Jazda byłą mniej uciążliwa a każda godzina napawała mnie coraz większym entuzjazmem, bo wiedziałam że na końcu tej drogi Cię spotkam. Że znowu się pokłócimy by później głośno się z tego śmiać. Więc co się popsuło?

Siostro. Siostrzyczko. Moja młodsza siostro. Wiem, że jesteś ode mnie silniejsza i twardsza. Wiem, że to przeze mnie musiałaś taka być. Byłaś moją ostoją i ścianą gdy nasze życie wywracało się do góry nogami. Więc proszę, nie gniewaj się już. Ja wiem, że mieszkam daleko teraz od Ciebie. Ale jako jedyna z całej rodziny błagam. Tylko nie ty. Ty się ode mnie nie odwracaj. Bo jesteś moją młodszą o rok siostrą. I ja chcę z Tobą utrzymywać kontakt. Więc co się popsuło?

Cały świat mógł zapłonąć a my i tak byśmy stały obok siebie. Czy to dlatego, że mieszkam tak daleko? Nie wiem. Ale z Nią też tracę tą nic porozumienia. Jak ze wszystkimi już prędzej. Znowu ryczę jak jakiś debil. Ja nie wiedziałam, że tak będzie. Mogę nawet cofnąć czas. Mogę znowu trafić do szpitala. Znowu słyszeć te przykre rzeczy. Byleby znowu móc z Nią normalnie porozmawiać i się pośmiać. Nie wiem dlaczego wszyscy się powoli ode mnie odwracają. Ale jakoś ich już chyba przebolałam. Ale nie zniosę tego jeśli Ona do nich dołączy. Nie godzę się na to. Ale nie wiem jak walczyć.

Więc ponownie płaczę. Wylewam z siebie hektolitry słonych łez. Nikt o tym nie wie. I może to lepiej? Bo przecież mam być tu szczęśliwa. Cegiełka po cegiełce budować swój wymarzony świat. Ale nie zdawałam sobie sprawy, że będę musiała poświęcić te wszystkie ważne dla mnie osoby. A teraz jest już za późno. Więc pozostaje mi bezgłośny szloch.
  • awatar Inna od innych: Płacz. Ale nie zapomnij później wstać, otrzepać się i iść dalej. Spróbuj inaczej z nią kontakt nawiązać, nie tylko poprzez spotkania, gdy jeździsz do rodziny, ale może przez internet..? Wiem, że to trochę 'głupie', ale jeśli nie ma innej możliwości, to trzeba zawsze wszystkie możliwości łapać. Trzymaj się.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- A więc od czego tu zacząć... ach tak. Jesteś gnojem. Debilem. Jeban*m śmieciem który odszedł i porzucił rodzinę jakby to były śmieci. Że Ci przykro? Że się zmieniłeś? Naprawdę? Ja chyba kur*a śnię. Tak, śnię. Tobie nigdy nie jest przykro chu*u. Nie było Ci przykro ani dwadzieścia lat temu, ani osiem lat temu, ani dwa lata temu więc nie będzie i teraz kur*a. Zawsze kłamałeś, zawsze wodziłeś za nos i zmyślałeś lepiej niż jakikolwiek bajkopisarz. Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że Ci uwierzyłam. Wtedy gdy wszyscy mówili, iż na pewno znowu coś kręcisz, że się nigdy nie zmienisz. Wierzyłam. Bo chciałam. Bo byłeś dla mnie czymś, bez czego nie powinno się żyć. A teraz co? Ze swojej wielkiej łaski zadzwoniłeś i pytasz się o spotkanie? Kur*a. Nie rozśmieszaj mnie. Ty nic nie warty gnoju. To na pewno ta Twoja nowa Cię do tego zmusiła i nic po za tym. No chętnie Cię odwiedzę, ale dopiero jak będziesz siedział w pierdlu. Chciałabym aby moje nazwisko nie przynosiło mi wstydu przez Ciebie, ale często niestety tak jest że mam problemy przy sprawdzaniu dokumentów: bo mam takie samo nazwisko co ty. Czy ty masz w ogóle jakiekolwiek uczucia po za swoim niewyżyciem seksualnym? Tylko byś latał i ruchał coraz to nowe panienki, co nie? Nienawidzę Cię. Za to że mnie tłukłeś, za to że dostałam wpierd*l za to że rodziła się moja siostra, za to że przypomniałeś sobie o mnie dopiero gdy skończyłam 18 lat, za to że byłeś skończonym idiotą, za to że zniszczyłeś nie tylko moje życie, za to...

-Hej tato. No... to ja. Przemyślałam wszystko. No. Przyjadę. Tak. Też się cieszę. No. Głos mi drży? Nie. No trochę się zdziwiłam, że zadzwoniłeś. No. Ok. To pa. Do zobaczenia. Pa...
 

 
Ciemność. Nie wiesz jak wstać, nie wiesz jak poruszyć ręką czy nogą, nie wiesz jak otworzyć oczy. Zatapiasz się więc w monotonię. Te same twarze, te same problemy, te same rzeczy. Wyciągasz dłoń lecz zostaje w nich pustka. Obracasz się w koło. Nic się nie zmieniło. Długo będzie dzisiaj padać. Zaczynasz się obawiać, co dalej będzie. Niebo niczym rozbite szkło, spada na tych ludzi na ulicy. Zamykasz okno. Wszystko zaczyna pochłaniać ciemność. Zabiera drzewa, wyrywa Twoje okno, podąża w Twoją stronę. Obawiasz się co dalej będzie. Twoja dusza wychodzi z Twego ciała i cicho szepcze. "Zabłyśnij." Potakujesz i skupiasz się na całej swej sile. Delikatnie acz skutecznie, zaczynasz jarzyć się światłem. Mrok nie może Ciebie dosięgnąć i coraz bardziej się usuwa, oddając okno, drzewa i ludzi.
Otwierasz oczy, obudzony przez budzik. Wyłączasz go zanim reszta domowników dostanie szewskiej pasji. Spoglądasz przez okno. Pada. W końcu jest jesień, nieprawdaż? Nie pamiętasz co Ci się śniło. Ale masz wrażenie, iż było to coś ważnego. Wpatrujesz się w ludzi, którzy pędzą przez tą ulewę. Opierasz się o parapet. Przymykasz na chwilę oczy. Ludzie odwracają w Twoją stronę głowy z szyderczym uśmiechem, najeżonym tysiącami ostrymi zębami. Otwierasz nagle oczy. Nie ma żadnych ludzi. Masz mokrą twarz. Okna są zamknięte. To twe oczy tak ciekną. Spoglądasz na godzinę. Nawet mało Cię interesuje która jest. Kładziesz głowę na poduszkę. Jesteś taka śpiąca. Chcesz tylko spać. Udawać, iż to wszystko Cię nie dotyczy. Widzisz tą ciemność. Nie udało Ci się jej pokonać. To Ona pożarła Ciebie i dała Ci iluzję bezpieczeństwa. Tym czasem czekała na odpowiedni moment do ataku. Otwierasz oczy. Jednak dalej widzisz tą ciemność. Smutniejesz. Nie wiesz jak to powiedzieć, jak to przekazać. Komu? Samej sobie? Przełykasz cicho ślinę. Nie... to nie może być ciemność. Walczysz ze swoim zdrowym rozsądkiem, który każe Ci uciekać albo szukać pomocy. Długo się opierasz. Pamiętasz jak to się skończyło ostatnim razem? Dobrze pamiętasz. Ale nie chcesz Nikogo w to wciągać. Zamykasz oczy. Postanawiasz nigdy więcej ich nie otwierać, skoro i tak nic to nie zmienia.
 

 
Mogę? Chociaż raz zapomnieć, że się znamy? Że jesteś moją rodziną? Że tak bardzo Cię nienawidzę? Że to właśnie przez Ciebie wylądowałam w psychiatryku? Chciałabym kiedyś, wszystko Ci powiedzieć. Ile bólu mi sprawiasz mówiąc, iż jestem tak bardzo podobna do ojca. Ile nocy przez Ciebie przepłakałam. Że nie ma żadnych zakłóceń na linii kiedy rozmawiamy: to przez mój płacz tak słabo mnie rozumiesz. O tym, jak bardzo mnie skrzywdziłaś nawet zapewne o tym nie wiedząc. O tym, iż czasami o mnie zapominałaś. O tym, jak bardzo nienawidziłam Cię za to, iż jesteś tak surowa. Jednocześnie, powiedziałabym Ci jak bardzo Cię kocham. Za to, iż mnie wychowałaś. Może i czasami nie szło Ci to najlepiej, ale przecież byłam Twoim pierwszym dzieckiem. Za to, iż poświęciłaś mi życie.
Miałabym tak wiele pytań. Dlaczego na mnie się wyżywałaś? Bo byłam najstarsza? Bo aż tak bardzo przypominałam Ci ojca? Dlaczego zignorowałaś nas gdy znalazłaś "nową rodzinę"? Dlaczego zawsze starasz się zwalić całą winę na mnie? Dlaczego tak bardzo się wściekałaś gdy płakałam i dostawałam napadów depresji? Dlaczego tak trudno było przekonać Cię do mych racji? Dlaczego pomimo tylu lat, nadal się Ciebie boję?
Ja bym Tobie odpowiedziała na pytania. Wiesz dlaczego tak mało rozmawiałyśmy? Bo zawsze i tak później na mnie krzyczysz. Wiesz dlaczego uciekłam? Bo się bałam. Że więcej już nie dam rady. Wiesz dlaczego mam do Ciebie żal? Bo nie słuchałaś. Bo dałaś tłuc mnie ojcu. Bo zawsze mi się wydawało, iż masz mnie za niższy byt. Wiesz dlaczego nigdy nie wrócę, że prędzej będę spać na ulicy? Bo nie chcę znowu tak dużo płakać.
Kocham Cię najmocniej na Świecie. Ale jednocześnie, sprawiasz jako jedyna na Świecie, iż płaczę jak tylko z Tobą rozmawiam. Wiem, że się starałaś. Wiem, że chciałaś być dobra. Wiem, że ja Ci wszystko zepsułam i nie byłam dobrym dzieckiem. Przepraszam. Tego też nigdy od Ciebie nie usłyszałam.
Mam pytanie. Dlaczego o wszystkim dowiaduję się, jak jestem starsza? Żebym lepiej zrozumiała? Bo jestem już większa? Nie. Nie mam do Ciebie żalu. Starałaś się jak mogłaś.
Tak bardzo chciałabym z Tobą porozmawiać szczerze. O tym co czułam, o tym co usłyszałam od psychiatry, o tym iż jestem dorosła a boję się z Tobą rozmawiać. Na pewno skończyłoby się na tym, iż przyznała bym Ci rację dla świętego spokoju, nieprawdaż?
Chcę aby moje dzieci miały dobrą babcię. Nie będę im mówić o Tobie złych rzeczy. Nie muszą wiedzieć.
Ale nie mogę życzyć Ci śmierci. Przeraża mnie ta myśl. W końcu jesteś moją mamą. Jedyną mamą. Kochaną a jednocześnie złą mamą.
Myślę, iż nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo skomplikowałaś mi życie. Ale kiedyś dam radę z Tobą porozmawiać. Kiedyś zapytam Cię o to wszystko. Będę płakać i zapewne tego żałować, ale zapytam.
A kiedy nie dasz już rady, ja Ci pomogę. Wyciągnę do Ciebie dłoń. Bo pomimo wszystko Cię kocham. Przecież wyglądamy jak dwie krople wody, nieprawdaż? W końcu musimy się dogadać. Dojść do porozumienia. Ale to jeszcze nie ten dzień. Wybacz mi. Za bardzo Cię kocham. Za bardzo się Ciebie boję. Za bardzo Cię nienawidzę. Za bardzo jesteś moją mamą. A ja za bardzo jeszcze nie potrafię poukładać sobie jeszcze w głowie. Wiem co byś powiedziała. "To w końcu poukładaj córuś."



Proszę. Mamo. Ja tak bardzo Cię kocham. Rzadko Ci to mówię. A boję się, iż kiedyś nadejdzie czas, że oprzytomnieję jak mało razy Ci to mówię. Ale wtedy będzie za późno, prawda? Jesteś jak mój najlepszy przyjaciel i najbardziej zaciekły wróg zarazem. Ale nie umieraj. Może i nigdy nie zrozumiem zawiłości Twojego życia, tak jak ty nigdy chyba nie zrozumiesz mojego. Ale postarajmy się w końcu, dostrzec to, iż nie jestem już Twoją "córcią". Jestem już kobietą. Więc porozmawiajmy.
  • awatar Coma White: @SiewcaZwątpienia: Dokładnie...
  • awatar SiewcaZwątpienia: @Coma Black: To dobre słowo. Rozgrzeszenie. Najgorsze jest to, iż wpływ na nasze życie mają większy niż Nam i Im się wydaje. Potrafią wiele zniszczyć. My do tego powoli dochodzimy dorastając. To jest chyba najgorszy cios. Przesyt informacji który nie pozwala nocą zasnąć.
  • awatar Coma White: Jak wiele żywych, tętniących emocji jest w tych słowach... Odebrały mi na dłuższą chwilę zdolność jakiegokolwiek ruchu, gdy zdałam sobie sprawę, że w moim wnętrzu znajdują się podobne myśli i że mogłabym napisać takie samo ''rozgrzeszenie' (nie wiem czy to odpowiednie słowo). Z biegiem czasu bardzo dobitnie uświadamiam sobie, jak ogromny wpływ na naszą osobowość mają stosunki z rodzicami, jak wielkie dziury wewnątrz powstają, gdy brakuje ojca lub matki i jak ogromne rysy pojawiają się na psychice, przez niewłaściwe zachowanie któregoś z nich...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
- Jesteś głupi...
- (ze śmiechem) Wiem o tym!
- Ale mówię poważnie.
- (uśmiech) Oj, robi się "poważnie".
- ...
- (wzdycha) Wybacz. Nie ma czasu na smutki i zamartwienia. Życie jest na to za krótkie.
- Ale... wiesz, że to co robisz jest głupie? Nie możesz być, aż tak samolubnym dupkiem.
- Samolubnym? Posłuchaj. Samolubni są ludzie, którzy uważają, iż dadzą sobie radę sami. To są Ci, którzy izolują się od innych. Ci sami którzy nie wierzą w takie coś jak nadzieję.
- A ty? Masz to wszystko. Więc dlaczego to robisz?
- (cichy śmiech) To proste. Mogę się oszukiwać na wiele sposobów, ale serca i duszy nie oszukasz. Ono wie, gdy krwawi. To strasznie boli, wiesz? Ja tylko próbuje zakleić czymś tą dziurę.
- Wiesz, ze to nie jest wyjście...
- A więc to gdzieś nawet wszedłem? (śmiech) To Ci dopiero!
- (głośno) Dobrze wiesz o co chodzi i znowu udajesz głupka!
- (poważnieje) Bo udawanie głupka jest mniej bolesne. Mam przejmować się tym całym syfem który zwalił mi się na głowę? Oszalałbym!
***
- Ey... obudź się...
- (nieprzytomny) Który dzisiaj...?
- ... Weź się... Ile spałeś ty ciołku?
- (cichy śmiech) A serio Cię to obchodzi?
- Serio. Bo się martwię...
- A dlaczego? Nie jesteś moją rodziną.
- Wiem. Ale jestem przyjaciółką. A przyjaciele od tego są.
***
- Hej.
- ...
- Ey, mówi się do Ciebie.
- ...
- (kopie delikatnie) Przestań, to nie jest śmieszne.
- ...
- (głośniej) Dobra, skopię Ci dupę!
- (cichy śmiech) Już, już spokojnie!
- (zdenerwowana) Co ty sobie wyobrażasz?!
- Próbuję Cię przyzwyczaić...
- Do czego?
- (delikatny uśmiech) Do czasu, gdy mnie już nie będzie.
***
- Ey... młoda... weź się w garść, bo ktoś będzie musiał mnie pozbierać...
- (płacze) Dobrze... daj mi chwilę..
- (klepie po plecach) Dobrze. Chwilę mogę dać. Ale pamiętaj, aby być silną... zrób to dla mnie.
***
- (śmiech) Jesteś dzisiaj wyjątkowo w dobrym stanie.
- (uśmiech) A wiem. Chciałem poprawić Ci humor i się za siebie wziąłem.
- No! Oby tak dalej. Udało Ci się, wiesz? Jestem strasznie szczęśliwa widząc Cię takiego. Dobra. (wstaje) Ale ja muszę iść.
- Zostań jeszcze, co? Tylko dzisiaj, trochę dłużej.
- W sumie... mogę zostać. W nagrodę normalnie!
- (śmiech)
***
- Skąd miałam wiedzieć że robisz to specjalnie... że "zostań dłużej"... dlaczego nie dopowiedziałeś "bo to mój ostatni dzień"?... Przynajmniej ostatni raz mogłam zobaczyć Twoją uśmiechnięta twarz... Dziękuję...

Dziękuję, dziękuję, dziękuję Ci naprawdę mocno. Że ten ostatni raz, mogłam zobaczyć Cię uśmiechniętego i wypoczętego bez żadnych ran. Że ten raz nic nie brałeś. Szkoda, że na następny dzień nie znalazłam Cię nigdzie. Że dopiero tydzień później mogłam odwiedzić Cię na cmentarzu. Znowu Cię wspominam. Przepraszam, ale to silniejsze ode mnie. Nie mogę Cię odwiedzać. Za daleko mieszkam. Ale w końcu przyjadę. Obiecuję. To przecież byłą nasz obietnica, prawda? Ja miałam Cie odwiedzać, a ty miałeś mnie bronić. Dziękuję. Dziękuję.
 

 
W życiu bardzo łatwo jest się uśmiechać. Fałszywie, czy też zupełnie naturalnie. Często robimy to zupełnie nieświadomie. Jakby nastawieni na to, aby dać ludziom wkoło siebie komunikat: "U mnie wszystko w porządku!", mimo tego, iż zazwyczaj tak nie jest. Ale musisz się uśmiechać, bo inaczej zaczną się dla Ciebie niewygodne pytania. Zaczniesz się rozwodzić nad swoją przeszłością, dobrą czy też złą. Zaczniesz opowiadać co zostawiłeś za sobą, lecz mimo wszystko chciałbyś mieć chociaż cząstkę tego "dawnego". I co wtedy? Okazuje się, iż ta osoba słucha Ciebie tak jak większość. Zacznie opowiadać o swoim życiu lub będzie potakiwać głową jak te małe pieski w samochodach na wybojach. Więc lepiej się uśmiechać. Zacisnąć zęby z uśmiechem i powstrzymywać łzy. Jeśli niestety pękniemy, najlepiej ukryć to skrzętnie. Bo ludzie tacy są. Zawsze zastanawiam się jakby zareagowali ludzie w mojej pracy a nawet same szefostwo, gdyby dowiedzieli się iż byłam w szpitalu psychiatrycznym, iż nadal walczę o szczęście starając się wypierać ze swojej podświadomości te ciche głosiki które do wszystkiego dodają przedrostek "nie". Ciekawi mnie to czasami. Czy by mnie zwolniono? A może obchodzono się ze mną jak z jajkiem? A może zrobili by jak moja matka za dawnych lat i po prostu stwierdzili, iż jestem kompletnym debilem i chcę zwrócić na siebie uwagę?
Lepiej się uśmiechać i nie zdradzić o sobie zbyt wiele. W internecie jest inaczej. Jestem anonimem. Jednym z wielu. Pisząc to i siedząc w domu, mogę płakać. Mogę spokojnie odłożyć uśmiech na bok i wyżalić się, w ogromną przestrzeń. Ponarzekać i poskarżyć się na wszystko:
Aparat mi się zepsuł, nie mogę robić zdjęć. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mi to wadzi...
Pracuję jako kelnerka, jest dobrze dopóki ktoś nie narusza mojej strefy osobistej. Fobia społeczna wymusza na mnie coraz częstsze wizyty w łazience, za co dostaję ochrzan od koleżanki.
Tęsknię. Od grudnia nie mieszkam już w swoich rodzinnych stronach. Przeprowadziłam się prawie na drugi koniec polski. Strasznie się cieszyłam. Teraz czuję dziwną tęsknotę za rodziną. Gdy jadę ich odwiedzić, potrafią doprowadzić mnie do płaczu. Wracam tutaj. Nie widzę ich miesiąc. Znowu za Nimi tęsknię. I pojadę do Nich. Mimo, iż wiem o tym, że znowu doprowadzą mnie do płaczu. Nie wiem jak sobie z tym poradzić.
Wyprowadzka wiązała się z rozłąką z moja najlepszą przyjaciółką. Boję się, iż ją stracę. Tak jak poprzednią. Utrzymujemy sporadyczne kontakty, a nazywamy siebie przyjaciółkami z przyzwyczajenia. Nie chcę aby było tak samo z tą przyjaźnią. Ale wiem, że to już się dzieje.
Moim najlepszym sposobem na "duchotę", jest przeprowadzka. Takie przyzwyczajenie, gdyż jak byłam małą często przeprowadzaliśmy się z miejsca na miejsce. To mi pozwala oddychać. Muszę się znowu przeprowadzić, inaczej chyba oszaleję.
Ostatnio zaniosłam starszej Pani jedzenie z naszej knajpy, bo poprosiła mnie o to przez telefon. Mieszka i tak niedaleko. Zaniosłam jej, dostałam zapłatę, wróciłam. Dostałem reprymendę. Idę zanieść zamówione jedzenie na hotel. Pani mówi, iż przyjdzie zapłacić za jedzenie jak zejdzie na kolację. Wracam. Ponowna reprymenda, i groźba iż będę łożyć z własnej kieszeni bo Pani na pewno ucieknie. Ja twardo przy swoim, iż przyjdzie. Przez trzy godziny koleżanka zdążyła obdzwonić przyjaciółki i dziewczyny z kuchni, aby powiedzieć im co zrobiłam, i jaka to głupia nie jestem. Przychodzi Pani z hotelu i płaci za obiad. Nikt nie zwraca na to uwagi. Za bardzo wierzę w ludzi?
Coraz częściej za nawet próbę zrobienia czegoś dobrego, dostaję w zamian coś o wiele gorszego. Ale się uśmiecham. Ta ciągła wojna zaczyna mnie męczyć. Nie wyniszczać tylko męczyć.
Szukam drogi ucieczki, którą okazuje się pisanie i rysowanie, na które o ironio nie mam czasu bądź zaparcia.
Staram się nie umrzeć, głęboko w środku. Dam radę. Zawsze daję radę. Tylko przestaję rozumieć swoje własne myśli. To dla mnie za trudne.
  • awatar SiewcaZwątpienia: @Samotna_w_tlumie: Ale czy właśnie robienie ponad coś, jest naprawdę wspaniałe? Nie potrafię być skurwysynem i powiedzieć: "Nie, to do mnie nie należy."
  • awatar Samotna_w_tlumie: Za robienie coś ponad ostajemy opierdol... Nie ma co sie wysilać na zrobienie czegoś ponad obowiązek.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Spełnienie. Co to właściwie jest? Pasuje do wielu kategorii i opisuje naprawdę wiele emocji. Słyszy się też wiele teorii na jego temat: można je poczuć raz w życiu, niesie ze sobą wiele radości, aby do niego dojść należy przez wiele przejść, zależy o czym mowa, ponoć idzie je odczuć gdy już umierasz. Zapewne każdy z was mógłby tak cytować bez końca, jeśli nie o "spełnieniu" to o jego synonimach. Więc właściwie co to jest? Czy to te dziwne łaskotanie w brzuchu, gdy wpatrujemy się w oczy ukochanej osoby i po raz kolejny zakochujemy się na nowo? A może chwila w której uda nam się spełnić swe najskrytsze marzenie? Albo po prostu, doznajemy go gdy dotrzemy do jakiegoś długo wyczekiwanego końca?
Spełnienie. Każdy postrzega je na swój własny i niepowtarzalny sposób. Jest niczym garnczek złota na końcu tęczy: każdy widział wielokolorowy pas na niebie, ale jeszcze nikt nie dotarł na jej koniec aby chociażby zniwelować legendę.
Czy przynosi szczęście? Na pewno. W końcu coś osiągnąłeś i jesteś z tego niewyobrażalnie dumny. Ale później powraca monotonia dnia, tygodnia, miesiąca, roku, życia.
Człowiek powinien dążyć do spełnienia. Uszczęśliwia to ciało i duszę. Może i czasami niema się sił. Może i czasami opuszcza nas werwa. Może i czasami, nawet i to nie przynosi nam radości. Ale warto do tego dążyć. Chociażby po to, aby móc pokazać innym, iż potrafimy... pokazać samym sobie ILE potrafimy. Jak na wiele nas stać. I to z dumnie wypiętą piersią do przodu.
  • awatar Coma Black: Spełnienie uszczęśliwia przede wszystkim duszę. Myślę, że człowiek spełniony może nazwać się szczęśliwym. Spełniać możemy się na wielu płaszczyznach. Spełniamy się w określonych rolach, dla siebie, dla innych. Powinniśmy dążyć do spełnienia, przede wszystkim dla siebie, dzięki niemu osiągamy prawdziwą harmonię. ''The only person standing in your way is you''
  • awatar Katia ♛: ja myślę, że: spełnienie następuję, gdy dojdziesz do celu i wiesz, co jesteś wart i tak jest z wieloma rzeczami. ale jest też ogólne spełnienie na końcu naszego życia- ogólne zadowolenie z naszego ziemskiego życia :) xoxo
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Łapał z trudem oddech, dławiąc się za każdym razem i ciężko kaszląc. Okręcił delikatnie głowę w bok, na tyle na ile mógł. Łzy lały się potokami po policzku. Wszystko w ogniu, gdzieniegdzie przewijały się części konstrukcji zawalonej potężnym wybuchem. Dostrzegał zarysy ciał, a czasami samych kończyn bez korpusu. Zakaszlał wywracając oczyma. Przypomniało mu się wszystko, całe jego życie. To jak dorastał w trudach roli: ile by oddał aby znowu móc wstać wraz ze słońcem ale po to aby mu się przyglądać a nie zabarwiać go purpurą. To jak poznał swą żonę: najpiękniejszą kobietę, jego ukochaną która zawsze go wspierała, która teraz jest daleko stąd, która nie wie przez jakie piekło musi przechodzić. Przypomniał sobie o swych dzieciach: co im pozostawi? Nie widział jak stawiają pierwszy krok, nie usłyszał ich pierwszego słowa, nie mógł pomóc im w podziwianiu piękna świata. Ujrzał obraz z przyszłości. Swego pogrzebu, płaczącej szatynki i dwójki małych dzieci które nic z tego nie rozumieją, dojrzał dwójkę starszych ludzi którzy wychowywali go w miłości. Mieli pochować męża, ojca i syna jednocześnie? Zacisnął dłonie w pięści i obrócił się z trudem na brzuch, aby z tej pozycji móc chociażby się czołgać, iść na czworaka, pełznąć. W jakikolwiek sposób wydostać się z tego piekła. Mimo odniesionych ran, wstał na chwiejących się nogach i niepewnym krokiem ruszył przed siebie. Niesamowitych sił dodawała mu wizja jego własnego pogrzebu. Miał w sobie niekończące się pokłady chęci życia. Chciał żyć, musiał żyć, mógł żyć. Mijał szczątki swych kompanów. Zaczął rzewnie płakać gdy uświadomił sobie ilu zginęło jego przyjaciół, ile trumien pojedzie do rodzinnego kraju, ile rodzin takich jak jego pochowa męża, ojca i syna. Szedł i płakał jak małe dziecko, które po raz kolejny szło do pokoju rodziców po tym, jak ujrzało potwora pod łóżkiem. Ale już widział bezpieczną bazę, ludzi którzy się krzątali i jechali w jego stronę. Coś do niego krzyczeli i machali. Nadal płakał, lecz tym razem były to łzy radości. Przeżyje. Rozłożył ręce i odchylił głowę do tyłu, chcąc podziękować jakiemukolwiek Bogu za życie. Nie zdążył. Mała kula przebiła jego plecy, aby wyjść klatką piersiową. Spojrzał w dół z niedowierzaniem. Upadł na kolana, nadal płacząc. Tym razem były to łzy nie strachu czy szczęścia. Były to łzy prawdziwego smutku. Spróbował zatamować krwotok, lecz czuł jak opuszczają go siły. Spojrzał na swoją zakrwawioną dłoń, szeroko otwartymi oczyma. Podniósł wzrok na nadjeżdających przyjaciół. Przed oczyma pojawiła się jego żona wraz z dwójką dzieci. Gdy wyciągnął do nich dłoń, oddalili się. Chciał wstać, lecz nie posiadał tylu sił. Krzyknął przeraźliwie jak ciężko ranione zwierzę. Nie mógł poddać się tak łatwo. Zacisnął szczękę ze wszystkich sił i wstał. Przez chwilę przyglądał się z wdzięcznością i delikatnym smutkiem swoim ludziom, po czym rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze.

....

Przyglądał się wszystkim ciemnym trumnom. Żal ściskał mu serce widząc swoich przyjaciół w tych drewnianych pochłaniaczach życia. Z każdym się pożegnał, po czym wrócił do swej zapłakanej żony i dzieci. Po wszystkim ruszyli do samochodu. Jedno z dzieci zadarło głowę do góry i spytało.
- Mamo, dlaczego płaczesz? - szatynka wytarła swe oczy, z trudem powstrzymując płacz. Odpowiedziała.
- Bo umarło wiele ludzi... - otworzyła usta aby jeszcze coś dodać, lecz ponownie zaniosła się szlochem. Dzieci posłusznie szły dalej za nią, rozmawiając cicho między sobą. Jej mąż objął ją delikatnie i ucałował w skroń. Wyszeptał.
- Proszę... kochanie... nie płacz już... - po czym ją puścił widząc, iż nic nie wskóra. Ich córka pociągnęła mamę delikatnie za płaszcz. Ona zatrzymała się i ukucnęła. Powstrzymując szloch spytała.
- O co chodzi? - powiedziawszy pogłaskała ją po głowie, na co dziewczynka również ją pogłaskała i odpowiedziała cicho.
- Tatuś prosił Cię, abyś już nie płakała... - kobieta lekko uśmiechnęła się i wzięła ją na ręce. Po jej policzkach jednak nadal toczyły się łzy.
- Dobrze kochanie...

....

- A tata? - dziewczynka nie dawała za wygraną. Szatynka westchnęła, zapinając kolejną spakowaną torbę. Ucałowała córkę w czoło.
- Tata przecież przeprowadzi się z Nami. - dziewczynka potaknęła energicznie głową. Kobieta przypatrywała się jej z uśmiechem. Poprosiła córkę, aby te torby zaniosła do salonu i zajęła się młodszym bratem. Gdy tylko dziewczynka wyszła z pokoju, kobieta ponownie się rozpłakała, padając na kolana. Po chwili do pokoju wbiegło oboje dzieci i mocno ją przytulili. Matka próbowała się uśmiechnąć i coś powiedzieć, lecz żal zbyt bardzo zaciskał się na jej szyi. Dziewczynka widząc to pogłaskała mamę po głowie i cicho powiedziała.
- Pamiętaj mamusiu, tatuś przecież zawsze będzie nad nami czuwał. - kobieta przytuliła dzieci do siebie potakując głową i cicho szlochając. Tymczasem jej mąż pod postacią anioła przytulał całą czwórkę mocno do siebie. Nie stracił ich. Dla niego było teraz ważne iż może ich bronić, do momentu aż dadzą sobie już całkiem sami radę. Mimo iż e jego policzków toczyły się łzy, uśmiechał się ciepło i szczerze. Wyszeptał cicho.
- Nie bójcie się, gdyż jestem z wami...
 

 
Nie możesz uciec przed ramionami ciemności. Możesz udawać iż ich nie ma, ignorować je, próbować je zakryć. Lecz one nadal tam są i tulą Cię do siebie. Dlaczego nie idzie się jej pozbyć?

Uśmiechasz się przez łzy, przez rany przeszłości i blizny które palą żywym ogniem. Gdy myślisz, iż już je rozumiesz, że już nie przeszkadzają Ci tak bardzo, ponownie uderzają w najmniej spodziewanym momencie. Czy można się od nich odciąć?

Czasami do naszego życia zakrada się coś, co nie daje Nam spokoju. Gryzie, szarpie, kopie i krzyczy. Może przed czymś ostrzegać lub też o czymś przypominać. Zazwyczaj jednak dokładnie wiemy co to jest. Dlaczego ja nie wiem?

Marzenia odeszły w kąt. Za każdym razem uświadamiam sobie jak im daleko do spełnienia się. Jeśli mówię o Nich głośno, są dla mnie jeszcze bardziej absurdalne. Nie, naprawdę chcę coś osiągnąć w swoim życiu. Ale na co mnie stać?

Gubię się w mym umyśle. Jedne spekulacje prowadzą do następnych a te z kolei do ślepej uliczki. Tak bardzo chcę być normalna i przestać ranić bliskie mi osoby. Dlaczego nie potrafię?

- Wyjaśnij mi jedno. Gdy nadejdzie kres naszego życia, jak będziesz je wspominać? Czy zrobiłeś to co chciałeś? Czy byłeś naprawdę szczęśliwy? Co takiego niezwykłego zrobiłeś, aby zostać zapamiętanym przez innych?
- Tak...Kiedyś nadejdzie kres naszego życia. Samochód, rak, sznur, tabletki, starość, zakrzep, rower, upadek. Myślisz, że gdy będziesz umierał to będziesz przejmować się takimi drobnostkami jak to czy namalowałeś wymarzony obraz życia? Będziesz wyglądał osoby, która trzymając Cię za rękę, zaprowadzi na drugą stronę.
  • awatar Coma Black: Zawsze czytam Twoje wpisy z zapartym tchem. Ten blog jest jednym z moich ulubionych, wracam tu nieustannie, daje mi naprawdę do myślenia.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Ile razy będę jeszcze wymazywać ten przeklęty tekst. Chcę określić co dzieje się w mej podświadomości, co sprawia iż budzę się w środku nocy i wpatrując się w śpiące miasto, zadaję sobie masę pytań. Na większość odpowiedzi znajdują się na wyciągnięcie ręki. Delikatnie gładzę go po policzku, zupełnie jakby za chwilę miał się obudzić. Niech śpi. Wiele dla mnie robi, mimo tego iż nie ma ze mną lekko.
Znowu się boję. Nigdy nie jest tak iż szczęście zostaje z Nami na długo. Ile to potrwa? Miesiąc, rok może pięć lat? Ale czy przypadkiem, oznacza to iż powinnam cieszyć się każdym słonecznym dniem? Bo kiedyś go zabraknie. Ucieknie. Zamieni się w stłuczony w furii talerz. W krwawiący nos. W wykrzyczane słowa których nie da się cofnąć.
Zawsze to się tak kończy. Przykłady takiego zanikania szczęścia mam od małego dzieciaka. Nie możesz mieć zbyt wiele, gdyż później utrata tego jeszcze mocniej boli.
Może i mam trochę skrzywioną psychikę. Ale według mnie każdy ma ją na swój sposób powykrzywianą. Tylko że każdy boi się zapewne zgoła innych rzeczy.
To jest strach który budzi się codziennie i szarpie mną delikatnie.
Co będzie dalej? Czy dam radę? Czy utrzymam się na tej fali? Tak wiele pytań dotyczące przyszłości, przez niechcącą zasnąć przeszłość.
Depresja w stanie umiarkowanym. Fobia społeczna nasila się. Jeśli mam gdzieś już sama wyjść, wychodzę maksymalnie na 15 minut. Byłam ostatnio w większym mieście. Musiał mnie na chwilę zostawić i załatwić coś w urzędzie. Musiałam wyjść z poczekalni. Jednakże na zewnątrz było jeszcze gorzej. Uciekałam przed niewidzialnym wrogiem aż w końcu zatrzymałam się na korytarzu, dochodząc do wniosku iż tutaj nikt inny nie stoi. Chciało mi się płakać, ale nie chciałam Go martwić. Więc tylko rozbolała mnie głowa by później zakręcić moim światem, śniadanie usilnie szukało drogi wyjścia, a powietrze stało się takie ciężkie i trudne do pobrania przez mój organizm. Ale w końcu wrócił. Fala szczęścia rozlała się po moim ciele. Zauważył że coś ze mną nie tak. Na pks dotarliśmy okrężną drogą. Boję się powiedzieć "kocham Go".
Moja przyjaciółka bierze ślub. Tak bardzo się cieszę. Naprawdę się jej należy. Będzie na pewno wspaniałą mamą. Zbyt wielu przyjaciół straciłam, gdy Ci dowiadywali się trochę więcej o mnie i moich lękach. Ale Ona zawsze przy mnie stała. Razem płakałyśmy, razem się śmiałyśmy i razem próbujemy utrzymać tą niezwykłą złotą nić która nas łączy. Przecież nasze dzieci będą razem się bawić, prawda? Jej będą wołać na mnie ciocia a moje na nią również ciocia. Teraz, gdy dzieli nas odległość, boję się że stracę ją tak samo jak inną bliską mi osobę. Nie chcę tego i stanę na głowie aby do tego nie doszło.
Chcę znaleźć wyjście. Błądzę po korytarzach szukając właściwej klamki. Niestety mam w dłoni tylko złoty klucz.
Jak tam moje morale? Całkiem wysokie. Dlaczego... Cieszę się. Tak, zdecydowanie jestem szczęśliwa. Póki to trwa, będę się cieszyć. Z tego iż akurat przestało padać gdy poszłam z psami na spacer, z tego iż poszłam sama kupić chleb, z tego iż mam dla kogo żyć, z tego iż przeszłość powoli zasypia, z tego iż nareszcie uwolniłam się od swego domu. Jestem szczęśliwa, bo zwracam uwagę na każde małe szczęście. Mój ulubiony truskawkowy jogurt i grahamki na śniadanie. Herbata waniliowa. Pocałunek, gdy On wychodzi do pracy wcześnie rano. Tak. Mam dobre życie.
Wystarczy zwracać uwagę na takie drobnostki, by dojrzeć iż każdy z nas w taki czy inny sposób, ma dobre życie. Trzeba się tylko starać aby było jeszcze lepsze. Swoimi czynami i zachowaniem. Dobrymi uczynkami.
Niech każdy, chociaż raz w tygodniu (jeśli nie codziennie), zrobi coś dobrego. A to pomoże starszej Pani z zakupami. Powie coś dobrego obcej osobie. "Hej! Tak Ty! Świetnie dziś wyglądasz!". Wystarczy niewiele aby otworzyć się na drugiego człowieka i poprawić mu humor tylko zwykłym uśmiechem.
Dziękuję.
 

 
Coraz trudniej jest nabrać oddechu przez gęste powietrze. Coraz trudniej jest poruszać się przez ciernie wokoło wyrastające znikąd. Mrugasz i czujesz jakby powieka za chwilę miała rozryć te delikatne oko, sprawiając iż się rozpłynie. Oddychasz i przy każdym wdechu czujesz niewyobrażalny ból rozrywanych płuc wraz z żebrami. Krzyczysz ale wychodzi Ci tylko nic nie znaczące charknięcie, przez zdartą do krwi tchawicę i podziurawione struny. Nie możesz nawet zacząć płakać. Przecież już to robisz.
Co można zrobić w takiej sytuacji? Najrozsądniej będzie chyba oszaleć, aby nie dać się zniszczyć. Pomieszać niebo z piekłem, dobro ze złem, życie ze śmiercią i łzy ze śmiechem. Ale będziesz żyć. To, to czy "jak", bardzo Ci przeszkadza?
Możesz także zrobić tak jak ja. Wyłączyć się. Wyłączyć smutek. Pozbyć się radości. Odseparować się od strachu. Wyzbyć się gniewu. Pozbyć się wszelkich uczuć i pozostać w tej stałej formie, aż będzie lepiej.
Ale co wtedy, gdy już będzie lepiej, a ty jednak nadal jesteś wyłączony? Doprawdy, nie wiem. Nie wiem jak z powrotem się włączyć. Nie wiem jak tą całą maszynerię popchnąć do przodu. Chcę czuć. Nie chcę żyć na granicy nocy z dniem. Ale żyję, nieprawdaż? Nie poddałem się i nadal trwam, prąc ku alegorii mego życia.
Idzie tak żyć. Nie. Nie mówię Ci abyś tak żył. Wolałabym już czuć ten cały ból i obezwładniającą bezradność. Człowiek może stać się tak samo jak i ziemia, niezwykle jałowy. Oczywiście niezwykle łatwo jest zachować pozory przy innych ludziach. Niezwykle łatwo jest uśmiechnąć się i powiedzieć "wszystko w porządku". Nawet jeżeli dopiero czekasz, aż wszystko się poukłada.
Na co czekasz? Walcz. Bo inaczej skończysz jak ten kretyn topiący się własną krwią. Walcz. Bo inaczej skończysz jak nieszczęśnik który zniknął nawet o tym nie wiedząc. Walcz. Bo inaczej skończysz jak szmaciana lalka bez żadnych uczuć, a to jest gorsze od śmierci. Walcz. Bo inaczej ktoś inny będzie za Ciebie walczył. I to ktoś inny będzie cierpiał swój i Twój ból. Chcesz tego? Chcesz aby ktoś inny cierpiał zamiast Ciebie, tylko dlatego gdyż Tobie nie chce się walczyć? Nie mów iż nie ma takiej osoby. Jest zawsze. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy z istnienia takowej osoby. A czasami, ta osoba jest zbyt blisko. Walcz. Bo ty masz tą szansę i możesz walczyć. Walcz. Bo tylko ty możesz wziąć swój los we własne ręce.
Dlaczego to robię? Dużo widziałem w swoim życiu. Według mnie, najgorszą zbrodnią, jest obarczanie kogokolwiek swym bólem. Ale to nie jest na chwilkę, czy na pięć minut. To jest na całe życie. Później musisz się przyglądać, jak ta druga osoba marnieje. Jak powoli sama nie może więcej udźwignąć. Aż w końcu umiera. Tego widoku nie pozbędziesz się ze swych wspomnień nigdy. Uwierz mi na słowo. Więc walcz. Zanim ktoś inny będzie walczył za Ciebie. Jeśli nie masz sił, ja mogę wziąć odrobinę Twego bólu. Od tylu osób już go wzięłam, iż jedna osoba nie zrobi mi różnicy. Więc walcz. Walcz. Po prostu walcz.
  • awatar Coma Black: Ciągle wracam do Twojego bloga, czytam Twoje wpisy, za każdym razem odkyrwam je na nowo. Piękne
  • awatar Expirion.: Lekko mnie przeraziły Twoje słowa, jednak mimo wszystko spodobało mi się. Daje motywację, choć trzeba to zrozumieć, co jest tu napisane. Trzeba mieć talent do takich rzeczy i Ty go masz! Zapraszam :)
  • awatar Coma Black: Uwielbiam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
-Co Ci jest? Dlaczego znowu smętnie zwieszasz głowę i ciekną Ci oczy?
-Bo ja... znowu jestem sama. Dlaczego ludzie są tacy samolubni? Zabierają ciepło, bezpieczeństwo, miłość, a wpychają mi w ręce chłód, łzy i ten nieopisany ból.
-Ciii... nie płacz. Szkoda twych cennych łez. Przecież wiesz iż to niepierwszy i nie ostatni raz, nieprawdaż? Dobrze wiesz iż musisz przegrać wiele bitew, aby wygrać wojnę.
-Wiem. Ale to zaczyna mi coraz bardziej uwłaczać. Wszyscy się poddają, gdy do nich dociera iż nie posiadam skrzydeł tak jak Oni. Że będą musieli, wznieść mnie do góry na swych skrzydłach. To jest niesprawiedliwe.
-Zamień żal w siłę. Skoro się poddają, to znaczy iż od początku byli słabi, czyż nie tak? Mówili iż "pomogą", ale tak naprawdę nie wiedzieli na co się porywają?
-Tak... Ale nie będę niczego żałować. Każda osoba wniosła coś do mojego życia.Czasami były to tylko łzy, ale przynajmniej teraz wiem i rozumiem iż One także są potrzebne. Wiedzieli na co się porywają... ostrzegałam ich. Uśmiechnięci mówili "damy radę". By później spytać się, czy mogą mnie pocałować po raz ostatni.
-Błazenada. Nie powinnaś się tym przejmować. Nie uważasz, iż te osoby Cię poniekąd zostawiły gdyż nie mogły Ci pomóc?
-Oni muszą pomóc najpierw sobie, nieprawdaż?
-Zuch dziewczyna. A ty co masz robić, gdy do oczu cisną się łzy żalu? Gdy masz ochotę już z tym wszystkim skończyć?
-Uśmiechać się, właśnie o tak.
-Bardzo dobrze. I pamiętaj iż zawsze ja Ci pomogę, dobrze?
-Tak. Pamiętam. Cieszę się iż w końcu przybyłeś i chociaż ty mi pomagasz.
-Ja od zawsze tutaj byłem, ale nie potrafiłaś mnie dostrzec. Tak jak inni w koło mnie nie dostrzegają teraz, lecz ty możesz to zrobić.
-Więc dlaczego ja? Co jest we mnie takiego niezwykłego?
-Cóż. Trudne pytania zadajesz jaskółko. Może dlatego iż nie posiadasz skrzydeł. Tych pięknych, anielskich skrzydeł.
-Przecież ty także takowych nie masz...
-Tak. Ale posiadam parę czarnych, błoniastych skrzydeł które są o wiele lepsze od tych z piórami. Kiedyś zobaczysz. Pomogę Ci wyhodować takie same, albo oddam swoje własne, chociażby na krótką chwilę.
-Jestem Tobie tak strasznie wdzięczna. Nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie Ci się za to odwdzięczyć.
-Nic nie musisz robić. Wystarczy iż jesteś i się nie poddajesz. Ja zawsze będę przy Tobie i zawsze będę Ci pomagał.
-Wiem. Ty zawsze mi pomożesz. Pomimo tego iż znasz mnie najlepiej, to zawsze mi pomożesz...
-Oczywiście iż znam Cię najlepiej! W końcu jestem Tobą, czyż nie tak?
 

 
ask.fm/Klon_Twojego_Klona

Chyba tam jestem już częściej niż tutaj. Jeśli więc macie jakiekolwiek pytania: pytajcie.
  • awatar Beherit: Chcę Ciebie tutaj.... czy jest jeszce jakieś miejsce w sieci w którym jesteś?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
-Czegoś nie rozumiem.
-Czego dokładnie?
-Dlaczego znowu to robisz.
-Wiesz że w życiu nie ma lekko, prawda? Tą prawdę powinnaś znać aż za dobrze.
-Wiem. Ale nie musisz go sobie utrudniać. Przecież wszystko w końcu się ułoży, tylko przestań w końcu to robić...
-I tu jest Twój błąd.
-Mój?
-Bo tak uważasz. Kiedyś się ułoży. Co za suche stwierdzenie, nie uważasz? Tak jakbyś chciała posklejać na nowo szklankę i pić w niej dalej gorzką prawdę.
-Ale da się przecież ją posklejać. Może i zostaną jakieś niedoskonałości, może i będzie brak któregoś kawałka, ale da się ją posklejać.
-(śmiech)Strasznie optymistycznie do tego podchodzisz.
-(uśmiech)Mówią że mój optymizm jest zaraźliwy, więc się strzeż.
-Zauważyłem.(napad śmiechu)
-To świetnie. Miło jest zobaczyć Twoją uśmiechniętą twarz. Szarą, wygniecioną, obolałą uśmiechniętą twarz.
(...)
-Muszę Ci podziękować, tak kurewsko muszę.
-Ale za co?
-Że mimo tego całego syfu, mimo tylu bólu, mimo tego gówna, nadal jesteś ze mną.
-Od tego są przyjaciele. Nie masz za co dziękować.
-I tak. Dzięki.
(...)
-Masz ją nosić.
-Będę.
-I nie masz mnie wspominać ze łzami w oczach, ale z szerokim uśmiechem. Przypomnij sobie nasze rozmowy o wszystkim i o niczym. Jak na nią spojrzysz, to przypominaj sobie mnie, w tej najlepszej formie.
-(przez łzy z uśmiechem)Obiecuję..
(...)
-I co... na co Ci to było...(zaciska dłonie w pięści) Nic nie mówiłeś o tym bólu. O tym rozgoryczeniu. O tym że to będzie tak kurewsko trudne...(kładzie kwiaty na grób ze łzami w oczach. Siada przed grobem)Czy to była moja wina? Przynajmniej teraz masz spokój, co nie cwaniaku? Ty chytry cwany lisie.(uśmiecha się przez łzy patrząc na bransoletkę)Ale dotrzymam obietnicy.
(...)

Kolejne moje wspomnienia. Rozmowy o których zawsze będę pamiętać. Wystarczy spojrzeć na bransoletkę. Czasami się za to obwiniam, że mogłam coś zrobić, że mogłam go powstrzymać, że przecież miał tylko mnie jak sam to mówił; "dobrze że mam chociaż Ciebie". Nie ma go już piąty rok. Czy to dobrze, że nadal go wspominam? Myślę iż tak. Chciał aby o nim pamiętać. Aby ktokolwiek o nim pamiętał. Dziwi mnie zawsze, jak o nim wspominam, jak ludzie potrafią złamać drugiego człowieka. Jak potrafią odebrać mu nadzieję na jutro, chęć do życia, wszystko co dla niego cenne. I wiecie co? To jest kurwa niesprawiedliwe. Że tacy ludzie sięgają przez innych po narkotyki, że zostają sami, że wszyscy mają go gdzieś. To jest tak bardzo niesprawiedliwe. Dlaczego, zawsze przytrafia się to osobom, które przecież nie zrobiły nic złego? W takich chwilach wątpię we wszystko w co wierzę. Wątpię w to całe życie, wiecie?
Wybacz, nie dałam rady, znowu płaczę. Ale się uśmiecham. Myślę o wszystkim co się przytrafiło, o tym całym burdlu i wiesz co? Cieszę się że jesteś już od tego wolny. Pamiętaj co ty obiecałeś mi w zamian - nadal bądź moim aniołem stróżem i mnie pilnuj.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Dawno mnie tutaj nie było - stwierdził na głos rozglądając się w koło po odmalowanym pokoju. Chyba nic oprócz tego się nie zmieniło. Szafki i półki jak zwykle pełne są rzeczy, potrzebnych i też tych zwyczajnych bubli ze sklepu za 50 groszy. Ale to wszystko niosło ze sobą mnóstwo wspomnień. Ruszył do zielonych drzwi, pchnął je i wtedy ją zobaczył. Jedyna i cudowna. Jak zwykle trochę nierozgarnięta, z lekko poczochranymi włosami, z delikatnym uśmiechem na drobnych malinowych ustach i ze swoim wzrokiem. Jej tęczówki... jak zwykle kolorem przypominały zamgloną łąkę w duszne i parne lato. Ubrała się znowu w jakąś czarną sukienkę. Pokiwał rozbawiony głową i podszedł do niej. Spróbował wypatrzeć w jej oczach wytłumaczenia, czy chociażby nutki tęsknoty. Uśmiechnął się delikatnie, widząc tylko tą przeklętą łąkę.
- Więc, jestem. Wybacz, tym razem już tam Ci nie ucieknę. Chcę zostać z Tobą a nie dać się porwać przez tamten Świat który... - nie dała mu skończyć. Musiała go objąć, przytulić, znowu poczuć to rozkoszne ciepło rozlewające się po ciele. On objął ją i ucałował czule w czubek głowy. Tak bardzo tęsknić za kimś z kim żyje się pod jednym dachem. Pokiwała delikatnie przecząco głową.
- Będziesz musiał wrócić... Wszyscy inni na Ciebie przecież czekają - odgarnął kosmyki jej włosów za ucho i równie spokojnie odparł ze łzami w oczach.
- To tutaj jestem szczęśliwy....
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Maszyny piszczały. Jedna z pielęgniarek zapatrzyła się na jego twarz, dostrzegając ten mały i nikły grymas przypominający uśmiech. Z jej rozmyślań wyrwał ją głos lekarza.
- Coś się stało? - pielęgniarka pokiwała powoli przecząco głową po czym trochę niepewnie zaczęła.
- Dzisiaj znowu nikt do niego nie przyszedł? - lekarz westchnął głośno.
- Nie. Ale musisz to zrozumieć. Nie łatwo dbać o kogoś, kogo praktycznie nie ma praktycznie już prawie rok. Niestety nie każda osoba zapadająca na śpiączkę ma wspaniałe życie - lekarz zadumał się na chwilę wpatrując w chłopaka. Pielęgniarka skinęła głową.
- Ale czy to nie przykre? - lekarz poprawił okulary i zaczął pisać coś w notesiku.
- Przykre. Że nie ma dla kogo się obudzić.Kto wie? Może po tamtej stronie jest mu o wiele lepiej?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pogrzeb jak każdy inny. Nawet niebo wydaje się być otulone płaszczem żałobnym. Chyba jak na każdym pogrzebie. Wszyscy zebrani wspominają tą osobę, rodzina która od dawna się nie widziała w końcu może pogadać, znajomi, kuzynostwo, przyjaciele. Ale najmniej jest pewnych osób. Jest ich tylko dwóch lub trzech. Są to prawdziwi przyjaciele. Którzy pomimo zgiełku i wrzawy w koło, są w stanie usłyszeć mój cichy szept z krótkim i wiele znaczącym "dziękuję". Dwie najważniejsze osoby w moim życiu. Trzecia nie zasłużyła na to miano. Mimo iż mieszkaliśmy razem pod jednym dachem, to tylko w drugim świecie mogłem zobaczyć znowu jej uśmiech. Mogłem zobaczyć znowu jej oczy koloru zamglonej łąki. I znowu mogła mnie dopaść ta duszność słonecznego poranka. Tutaj jestem szczęśliwy. Wybaczcie przyjaciele moi, iż odebrałem sobie życie. Tak, to było tchórzostwo. Tak, to było egoistyczne. Ale miałem dosyć życia dla innego życia. To męczy jednak, wiecie? Oczywiście że wiecie, przecież sami mi to powiedzieliście. Za to was kocham. Że byliście ze mną na każdej drodze życia, że nie zostawiliście mnie i trwaliście do końca. Dziękuję wam z całego serca. Teraz odejdę na zawsze, ale wiem iż będziecie o mnie pamiętać. Skąd? Tylko wasze łzy są przepełnione prawdziwym bólem, smutkiem i miłością. Wiem, że byliście moimi szczerymi przyjaciółmi. Szkoda iż przekonałem się o tym tak późno... wybaczcie...
  • awatar Gość: @Franny: Niestety nie mam dostępu do aparatu. A przynajmniej tym razem.
  • awatar Franny: Ale fotka zawsze najważniejsza :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zamknij oczy. No zamknij, nie obawiaj się wszystkiego w koło. No dobrze, skoro się boisz to przynajmniej zamknij oczy swej rozdygotanej duszy. Wdech i wydech nic nie widzisz. Nie, nie bój się. Skup się teraz na tym co możesz dojrzeć w pokoiku swej duszy. Widzisz tą skuloną postać w kącie? Która zasłania głowę własnymi rękoma jakby przed atakiem czy też agresją. Stój! Nie podchodź do niej!Wiem że wygląda smutno i żałośnie. Chciałbyś ja pocieszyć? Ale nie tędy droga. Przyjrzyj się tej osóbce. Widzisz te dziwne ślady, pagórki na jej plecach jakby czegoś tam brakowało? Zgadza się. Kiedyś były tam przepiękne skrzydła, które swym blaskiem rozjaśniłyby nie tylko ten pokój. Słuchaj mnie do końca a nie rwiesz się do przodu aby jej pomóc. Widzisz jak się kuli? Pobito ją, poniżono, kazano siedzieć tutaj do końca dni istnienia. A teraz posłuchaj mnie uważnie za nim tam podejdziesz. Możesz sprawić iż odrosną tej osobie skrzydła, możesz sprawić iż wstanie z błyskiem w oku, możesz sprawić iż skrzydła ponownie rozbłysną niezwykłym blaskiem.Zaraz powiem Ci jak, spokojnie, po kolei. Pomyśl o wszystkim co dobre, o chwilach podczas których było Ci tak dobrze. Wiem że nie ma tych chwil i wiem że nie wrócą. Płacz jeśli Ci to pomoże. Nie zaciskaj aż tak mocno dłoni w pięści, rozluźnij trochę uścisk i otwórz oczy zamiast szaleńczo je zamykać. O, lepiej. Wiesz teraz o co walczyć, prawda? No nie mów że nie ma o co. O szczęście. Aby ponownie zachłysnąć się tą słodyczą i ponownie poczuć jak od śmiania bolą Cię policzki. Ale do tego nie możesz cały czas siedzieć w kącie. Tak, ta postać to ty. Twoja nadzieja. Daj jej żyć i ją nakarm. To nie potrwa z dnia na dzień, uwierz mi. Ale w końcu rozwinie swe nowe skrzydła i rozłoży ręce z błogim uśmiechem. W końcu na pewno. Tylko wszystko zależy od Ciebie, od Twoje walki o miejsce na tej Ziemi. Otwórz oczy duszy. Weź głęboki wdech i wydech. Zaciśnij dłonie w pięści. Wytrzyj łzy i walcz o to co się Tobie należy. O szczęście. A ja? Co ja? Ja tutaj jestem abyś uwierzył i zaczął nareszcie żyć. Abyś zobaczył jak to jest żyć. Nie nie jestem aniołem. Jestem ojcem nadziei. Nadal nie wiesz? A co umiera ostatnie? Nadzieja. A kto w takim razie ją zabiera? Śmierć.
  • awatar Revelin: Hmmm...ojcu nadziei jak nikomu innemu wypada o nią walczyć i ją pielęgnować, a trzymając ją w ramionach i troszcząc się o nią, o wiele łatwiej znaleźć ojcu szczęście, prawda?
  • awatar Coma Black: Uwielbiam to w jaki sposób piszesz. uwielbiam bezgranciznie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ostatnio myślałam nad tym co naprawdę w życiu zrobiłam źle. Co tak na prawdę boli mnie na samo tylko wspomnienie. Ale co mi po wspominaniu... znowu siedzę nad telefonem próbując sobie przypomnieć jej numer który usunęłam bez najmniejszej wątpliwości. Co bym chciała jej powiedzieć? Iż miała rację. Że Świat jest chłodny i że będzie mi jej brak... z drugiej jednak strony cieszę się iż nie mam jej numeru. Nie chciała bym usłyszeć jej piekielnego głosu który by mnie omamił, który sprawiłby iż wsiadłabym w pierwszy pociąg do niej, iż chciałabym aby teraz otoczyła mnie ramieniem i jak zwykle zapewniła iż wszystko będzie dobrze.
Znowu cichy szloch we własnym łóżku. Okazałam się gorsza, znowu, nie jestem idealna dla mojej mamy. Nigdy nie będę. Zawsze będzie widzieć mojego ojca który nas zostawił. Zawsze w jej oczach będę mniej warta, bo za bardzo jej go przypominam z charakteru.
Znowu myślę o krwawych skrzydłach które dają mi wzlecieć chociaż na chwilę ponad prochy Ziemi; wzbić się na moment, poczuć jak to jest. A później obdarzać palącym bólem pleców przez następny tydzień.
Znowu nie zrobiłam tego co chciałam.
Znowu zostawiłam włączone światło.
Znowu dałam zakiełkować nadziei.
Znowu nie potrafię spojrzeć na siebie w odłamkach szkła.
Znowu buduję wokół siebie niewidzialny mur.
Znowu próbuję być lepsza.
Znowu opętańczo próbuję przegryźć swój kaganiec, raniąc się przy tym.
Znowu zaczynam brać tabletki.
Znowu pojadę zapewne do szpitala.
Znowu usłyszę "nie wiem".
Są to plusy i minusy. Jedne są tym i tym. Dlaczego więc te cholerne ciepłe krople sączą się z moich oczu?
 

 
Powiem Ci o mym życiu.
Ranach i wyciu.
Zostaniu całkiem samemu.
Ewidentnie dzięki skopaniu własnemu.
Grać dalej?
Raz, teraz polej.
Ale to ostatni.
Łatwi i butni.
A może ktoś jest?
Może to ostatni chrzest...
  • awatar Beherit: Szarą? Na pewno nie, skoro czujesz i widzisz tak wiele, skoro myślisz i analizujesz, skoro dochodzisz do konkretnych wniosków. Wniosków na które nigdy nie wpadłaby ta typowa ''szara masa'', żyjąca bezmyślnie, bez wyższych wartości i bez głębszych uczuć, nie zastanawiająca się nad sensem czegokolwiek, nie próbująca niczego zmienić, polepszyć, zrozumieć.
  • awatar Beherit: Myślisz, że można walczyć mimo ciągłych porażek? Że można odnaleźć siłę nawet w najgorszym cierpieniu? Staram się. Każdy dzień, tydzień, rok mojego życia to nieustanne starania, próby, bolesne upadki i niskie wzloty. Bilans zysków i strat wyjatkowo niekorzystny. szukam odpowiedzi wszędzie: w otoczeniu, w innych ludziach ale przede wszystkim w sobie. I im więcej myślę tym więcej wątpliwości mam, moja depresja się pogłębia, jestem jeszcze bardziej zagubiona. Próbuje wziąć w to wszystko w swoje ręce ale ciągle coś mi z nich wypada. Przerasta mnie życie... Najgorsze jest to uczucie pustki. I pomimo tego, że mam naprawdę wiele nie wiem jak tą pustkę zatkać, nie wiem co sprawiło, że ona w ogóle powstała... Dziękuję za Twój komentarz, mało komu chce się silić na coś tak szczerego. musisz być cudowną osobą..
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Żyj. Jedz. Śpiewaj. Śpij. Tańcz. Pływaj. Maluj. Pij. Jedź. Biegnij. Rymuj. Pisz. Czytaj. Lub. Nienawidź. Pytaj. Rozmawiaj. Gnaj. Kłóć się. Pluj. Gódź się. Głoduj. Leżakuj. Pracuj. Odpoczywaj. Choruj. Zdrowiej. Ucz się. Uciekaj. Goń. Dobijaj. Rozwalaj. Podnoś. Pokrzepiaj. Ciesz się. Smuć. Marudź. Płacz. Śmiej się. Dostawaj. Dawaj. Odbieraj. Wyciągaj. Wpadaj. Ślij. Kochaj. Rozmyślaj. Myśl. Drzemaj. Ćwicz. Leniuchuj. Graj. Nudź się. Interesuj się. Ziewaj. Uśmiechaj się. Rozpaczaj. Żałuj. Bądź dumny. Poprawiaj. Nadrabiaj. Zakończ. Rozpocznij. Przerwij. Czekaj. Szalej. Uspokój się. Umrzyj
  • awatar SiewcaZwątpienia: @Beherit: To ja Tobie dziękuję, iż chce Ci się To wszystko czytać i nawet naskrobać parę słów na ten temat. Dziękuję.
  • awatar Beherit: Czytam Twoje wpisy i odnajduję w nich samą siebie. Przemawiają do każdej komórki mojego umysłu. Potrafisz pisać tak, że w jednym momencie zaczyna brakować mi tchu, chce mi się płakać, czasami wzbiera we mnie złość bo z czymś się nie zgadzam ale patrzysz chyba na świat podobnymi oczami, słyszysz podobnymi uszami, dotykasz życie podobnymi rękoma. Dziękuję, że mogę to wszytsko przeczytać
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zapewne jest takie Coś, przed czym każdy z nas próbuje uciec. Może i nie jest to czasami nic takiego ważnego czy też wielkiego, lecz czasami jest to coś naprawdę ważnego, coś co praktycznie zadecyduje o naszym życiu. Czy jesteśmy z tym Czymś sami? W sumie zawsze dużo osób nas wspiera; może i jest to tylko wyimaginowana pomoc, ale zawsze w jakiś sposób powinna nas wspierać. Ale co gdy to nic nie daje? Gdy jednak w końcu po tym całym uciekaniu przed tym Czymś, zwieszamy smętnie głowę i łkamy cicho wiedząc iż już nie damy po prostu rady dalej biec? Przypomnij sobie wtedy wszystkie inne chwile, w których uciekałeś i w których się poddałeś. Na początku zaboli. Zakuje w sercu a mózg będzie starał się wyprzeć to ze świadomości. Ale w końcu poczujesz te same łzy co wtedy, zobaczysz swoje dłonie w geście bezsilności opuszczone wzdłuż ciała, usłyszysz swój własny szloch przerywany spazmatycznym łapaniem powietrza. Ale to doda Ci sił. Zdziwiony? Dlaczego? Już tłumaczę. Każdy Twój upadek, każda nieudana ucieczka przed Czymś; boli strasznie nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Nie chcesz ponownie czuć tego uczucia, prawda? Zanalizujmy to jeszcze raz. Gdy uciekałeś, to później cierpiałeś. Wniosek? Zaciskasz dłonie w pięści i wycierasz mokre policzki. Powoli wstajesz i obracasz się przodem do tego, przed czym do tej pory uciekałeś. I biegniesz temu na przeciw. Bo najważniejsze w życiu to nie stchórzyć. Nie poddać się mimo bezradności. Walczyć; a nie uciekać.
Co ja mogę o tym wiedzieć? Może niewiele, a może dosyć sporo. Jestem każdym napotkanym człowiekiem na Twej drodze; jestem także tymi osobami których nigdy nie spotkasz. Jestem osobą która popełniła wiele błędów, którą los nie oszczędził tak jak i życie, która chce dać Ci sił tyle ile sama ma. Więc czy coś o tym wiem? Tak. Tak jak każdy. Nawet Ty. Bo każdy z Nas nosi w sobie siłę, tylko trzeba ją obudzić. I oczywiście ruszyć do walki.
 

 
Czasami nadchodzi taki dzień, w życiu każdego człowieka, który pokazuje Ci jak kr***e jest Twoje marne ludzkie życie. Pokazuje jak łatwo idzie je stracić. Jak bardzo łatwo można od tak skończyć w drewnianych czterech ścianach głęboko pod ziemią.
* * *
Kiedy tak leżysz w szpitalu, podoczepiany do tego wszystkiego. Kiedy lekarze nie chcą z Tobą rozmawiać, a jedyne co potrafisz wyczytać z ich twarzy to masa współczucia. Nie podejrzewasz zbyt wiele, lecz cień wkrada się do Twego serca. Gdy wchodzi w końcu wchodzą do Twojego pokoju, w trójkę najczęściej, ze spuszczonymi głowami, gdy mówią cicho jakby nie chcieli Cię przestraszyć- Został Ci około rok życia...- wychodzą po cichu niczym kondukt żałobny. Wpatrujesz się w przestrzeń. Rok. Dużo czy mało? Gdy pielęgniarka zadaje Ci pytanie, czy mam kogo powiadomić... ten skurcz w klatce piersiowej był przypadkiem? Pierwsza łza zaczyna toczyć się po mym policzku, a ja uśmiecham się delikatnie do pielęgniarki. Nie chcę nikogo martwić. Odejdę po cichu. W nocy płacz i szloch, jak nigdy w całym moim życiu. Otwieram usta chcąc zawołać chociażby po imieniu osobę która mi zawsze pomagała. Lecz z mych ust nie pada żadne imię. Zatrzymuję się na sylabie "ma..". Coraz więcej gorących łez ląduje na mej poduszce. Naprawdę aż tak żałosna ze mnie istota? Iż nie mam nikogo, do kogo mogłabym teraz wołać o wsparcie? Zaciskam dłonie na prześcieradle. W całym p*****m Świecie nie ma ani jednej osoby która teraz by mi pomogła... wsparła... podała dłoń abym mogła wstać. Rano wypisują mnie z tymi smutnymi twarzami. Wiedzą iż płakałam. Wiedzą iż nikogo nie kazałam powiadamiać. Ot, tylko kolejna smutna historia bezimiennego człowieka. Wracam do domu- Gdzie byłaś?!- oczywiście jak zwykle ciepło rodzinne wita mnie z otwartymi ramionami. Znowu zrobiłam coś nie tak. Znowu coś spieprzyłam. Znowu kogoś straciłam. Ale uśmiecham się. Jeszcze tylko rok. Spokojnie wszyscy. Za niedługo będziecie mieć błogi spokój. Nic już wam nie spieprzę. Bo mnie nie będzie. A wy i tak do końca nie będziecie wiedzieć jak bardzo się starałam robić wszystko dobrze. Ewentualnie kiedyś odnajdziecie tego bloga. Dowiecie się o wszystkim. No prawie. Nie dowiecie się ile żalu w sobie miałam, gdy wszyscy mnie zostawili. Nie dowiecie się ile nocy przepłakałam mimo uśmiechu w dzień. Nie dowiecie się jak strasznie zimno mi było na sercu, wiedząc iż nikogo nie ma ze mną. W końcu upadnę. W drodze nawet do sklepu. Me serce się zatrzyma. Od tak. Lekarze w karetce będą próbować mnie uratować. Ale me serce nie zabije na nowo. Wtedy wszyscy co mnie znali zbiorą się mówiąc jaka ja to nie byłam wspaniała, mimo iż Oni mnie tak naprawdę nie znali. Ja nareszcie zasnę. Ucieknę od kłamstw, poniżeń, niesprawiedliwości, życia. Dam się pochłonąć otchłani bez dna. Aby poczuć kojący spokój. Gdyż tylko otchłań na mnie czeka. I tylko Ona jest bliska memu sercu.
 

 
-Cały świat się stacza...- postać wpatrzona w płomienie w kominku westchnęła głośno. Czy dobrze postąpił? A może jednak powinien wtedy jednak okazać się bardziej nieczułym i okrutnym jak zawsze? Ale jej blask w oczach... Zacisnął mocniej dłoń na pucharze z winem a wolną dłonią zaczął masować sobie skroń. Po chwili usłyszał jak ktoś biegnie i zatrzymuje się tuż za jego fotelem, padając na klęczki. Po chwili ciszy przerywanej głośnym oddychaniem tejże osoby w końcu usłyszał jej chrypliwy i lekko piskliwy głos- Panie, szykują się kłopoty...- jego sługa nic więcej nie musiał mówić. Wstał ze swego fotela, wziął od swego wiernego sługi swój długi i czarny płaszcz z czerwonym podszyciem po czym wyszedł śpiesznym krokiem. Nie będzie biegł na przeciw temu co musi się wydarzyć. Począł wchodzić schodami w górę, na najwyższą wieżę w jego posiadłości. Wchodząc do komnaty, jego twarz jak zwykle nie wyrażała nic. Strachu, żalu, bólu, smutku.... Spojrzał przez wielkie okno w dół. Otworzył szerzej oczy gdy dojrzał gromadzących się ludzi z pochodniami wokół jego zamku. Przyglądał się im z irytacją w orzechowych oczach. Gdy wśród tłumu dojrzał ją, której ocalił życie, jedynej której ufał i jedyną którą szczerze kochał, oparł się o balustradę. Spojrzał w niebo oczyma przepełniającymi się łzami i krzyknął tak przeraźliwie jak tylko człowiek dogłębnie zdradzony i zostawiony potrafi. Tłum na dole zadrżał w jednej chwili gdy usłyszeli krzyk tak bolesny jakoby ten człowiek dokonał sam na sobie osądu ostatecznego. Kobieta spojrzała dokładnie w to okno z którego dobiegał ów przeraźliwy krzyk i powiedziała obojętnie-On żyje. Nie bójcie się go... jest teraz bezbronny... teraz go zabijemy- ktoś spośród tłumu się wyłamał i spytał- Dlaczego teraz? Skąd wiesz iż nas nie zabije?- ona uśmiechnęła się delikatnie nadal wpatrując się w wieżę jakby z utęsknieniem po czym odezwała się- Bo wiem iż mnie kocha..
 

 
Bardzo mnie to zdziwiło...Od czasu do czasu wchodzę i czytam swoje wpisy. Od razu mam ochotę usunąć wszystkie. Wszystko co pisałam jest takie nie dorzeczne...to tylko słowa. Nic nie warte. Moje przemyślenia są jednymi z tysięcy, moje jedno słowo jest jednym z miliarda, moje problemy są jednymi z bilionów. Dlaczego więc zaczęłam pisać cokolwiek na stronie internetowej czy tam jak to zwą blogu? Zadaje sobie to pytanie zawsze jak znowu widzę mojego bloga. Jak się zaloguję i gdy już po raz piąty usunę cały tekst który chcę dodać. To tylko nic niewarte moje słowa. Dlaczego to jest takie trudne a jednocześnie tak proste? Zrozumieć kogoś jest mi bardzo trudno, ale strasznie się staram. Myślałam że taki blog będzie dobrą alternatywą do złagodzenia chociaż fobii społecznej czy też znajdę miejsce gdzie nareszcie będę mogła wylać z siebie wszystko co mnie trapi i gryzie, wszystko czego nie mogę zrobić w domu gdyż rodzina zamyka swe kręgi nie wpuszczając mnie do nich a przyjaciele zostawili mnie gdy okazało się iż mam większe problemy nawet sama ze sobą. Gdzie tu jest sprawiedliwość? Przestałam ufać komukolwiek...powoli przestaję ufać nawet samej sobie. Czuję się...sama nie wiem. Jakby to nie był mój świat? Wszyscy gdzieś pędzą, jeden drugiego obgaduje i knuje za jego plecami. Każdy chce jak najwięcej wiedzieć, być w centrum informacji więc zjawiają się dopiero gdy widzą iż coś Ci się stało. Zlatują się jak chmara sępów, udając wielce przyjaciół, a później zostawiają na nowo jak gdyby nic się k***a nie stało. Ludzie...oni..nie daję po prostu rady..wszystko zaczyna mnie przerastać. Tyle lat walczyłam właśnie z tym. Z nieufnością. A teraz Ona na nowo wbiegła wręcz w moje życie, rozwalając wszystko wkoło. Boję się ludzi. Nie chcę z Nimi rozmawiać-ale przecież codziennie jakiś spotykam. Nie chcę dłużej się do nich uśmiechać-ale nie potrafię się nie uśmiechać, nie potrafię...Życie stało się dla mnie strasznie męczące i skomplikowane. Ryczę dzień w dzień. A później jestem na siebie cały czas wkurzona że okazałam się tak słaba. Teraz też ryczę. Że jednak kogoś obchodzi co się ze mną dzieje. Ale później jest wiele wątpliwości które dopiero teraz pozwoliły mi do Ciebie napisać. Jestem jak roztrzaskana filiżanka po której ludzie jeszcze przechodzą nie zauważając jej. Dlaczego aż tak ze mną źle? Moja mama powiedziała mi iż jestem zupełnie jak ojciec, gdy powiedziałam jej ze łzami w oczach aby tak nie mówiła(bo to dla mnie najgorsza obraza)to Ona powiedziała iż to prawda i że pewnego dnia zniknę tak jak on. Siostra, ta sama której tak strasznie ufałam i miałam w niej wsparcie, powiedziała że jestem kretynem który tylko próbuje zwrócić na siebie uwagę, na dodatek wszystko co jej mówiłam ona leciała i powtarzała mamie. Psychiatryk chce mnie zamknąć w psychiatryku. Reszta rodziny, a szczególnie babcia w której miałam oparcie po akcji z siostrą i mamą, okazało się iż obgaduje mnie właśnie z Nimi i resztą rodziny. Wszyscy są tacy kłamliwi...Dodatkowo mam podejrzenie raka macicy. Nie wiem co robić po maturach. Nie chce mi się żyć. Nie chcę dalej żyć w tym dziwnym świecie, gdzie gdy jesteś szczery i miły, to oblewają Cię błotem i wytykają palcami. W tym świecie w którym liczą się pieniądze i gdzie rządzi ta osoba która jest najbardziej zakłamana, która najwięcej oszukuje, która obgaduje i knuje za wszystkimi plecami. Nienawidzę siebie i tego świata za to iż w ogóle się narodziłam. Mam przeogromną nadzieję iż rak okaże się prawdą i że będzie do tego złośliwy. Chcę umrzeć-brzmi egoistycznie i może jest egoistyczne. Mam pomyśleć jak odbiorą to moi najbliżsi? Oby zrozumieli iż to przez nich, a żeby nie mieli żadnych wątpliwości, napiszę im długi list-aby już na zawsze czuli się winni. Nie mam dla kogo żyć...mój chłopak mnie zostawił. Stwierdził iż moja depresja, fobia społeczna i nawet podejrzenie raka to dla niego za dużo. Że jeśli teraz, w ciągu dwóch dni nie wyleczę się chociaż z dwóch rzeczy to dochodzi. Nie idzie wyleczyć się z depresji-ona jest z nami na zawsze. A jeśli nawet, to nie idzie tego zrobić z dnia na dzień. Czy coś mi niecierpliwością. Gdy nareszcie zamknę oczy i spokojna usnę na zawsze. Gdy znikną wszelkie zmartwienia i problemy. Gdy będę mogła wydać ostatnie tchnienie po chichu przeklinając mych wrogów.
Mimo tego zła mi wyrządzonego..powiedź mi. Dlaczego nadal chcę i pomagam innym? Czy ja jestem jakaś chora na umyśle? Czy to wnieść zakupy, czy to zaopiekować się dziećmi, czy to nawet iść z głupimi psami na spacer-dlaczego nadal to robię? Do cholery...czuję taki dziwny przymus i obowiązek. Gdy nie pomogę komuś lub nie spełnię tego zasranego dobrego uczynku w ciągu dnia, to później ciężko jest mi zasnąć. Człowiek z depresją i fobią społeczną który pomaga ludziom. Bezsens i nonsens. Mam taki burdel w głowie...wszystko się gdzieś wala i nie ma swojego miejsca. Wiesz jakie to straszne uczucie gdy umiera się, tak w środku? Boli. Strasznie boli. Inni nie zdają sobie z tego sprawy. Przecież chodzisz i oddychasz. Ale przestajesz powoli się uśmiechać i cieszyć. Powoli umierasz...zapadam się w tę noc. Chcę w niej utonąć.
Dziękuję i przepraszam Samotna_w_tłumie…

  • awatar Gość: Świetne . !!! Wbij do mnie i skomaj coś :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Skomplikowane i piękne teksty o trywialnych rzeczach które są tylko zaledwie po to aby w bez bolesny sposób zgnieść w nas nadzieję i wyrwać duszę wraz z korzeniami.Będziemy krzyczeć-owszem.Będziemy w spazmach łapać powietrze gdy ostatnie nici połączone z naszym sercem zostaną rozerwane.Będziemy bać się jak nigdy przedtem w życiu...
Krzyczę,lecz nikt mnie nie słyszy.Łapię w spazmach powietrze lecz i to nie chce przynieść oczekiwanej ulgi i wypełnić mojego ciała tak potrzebnym tlenem.Boję się jak nigdy w moim całym życiu,lecz nikt nie ma zamiaru objąć mnie i wyszeptać iż wszystko będzie dobrze.
Głupcami ponoć stajemy się gdy próbujemy uciec od tego wszystkiego,gdy stajemy się tchórzami i sięgamy po coś co pozwoli nam uciec.Ale czy to do końca prawda?Czasami ucieczka okazuje się być tą jedyną drogą ucieczki.Tą która wciąż na nowo nas wzywa,odbijając się echem w ciele pozbawionym duszy.Boimy się.Każdy się boi zrobić krok na przód.Nawet Ci co się odważą nie wiedzą czy przed Nimi nie ma przepaści i czy właśnie nie spadają w jej otchłań.
Ucieczka..tak pięknie brzmi.Ludzie..już nie mogą mnie powstrzymać.Świat...beze mnie będzie mu lżej.
Zamykając powoli oczy nie zapomnę o tym co zrobiłam źle.O bliskich mi osobach które zraniłem o tym nie wiedząc.O tych,którzy dawali mi wsparcie mimo iż ich chęci były podszyte nieczystymi myślami i zyskiem.O tych którzy mnie zawiedli wiele razy.O tych którzy wyparli mnie się dla życia....Lecz zapamiętam tą drobną garstkę która trwała przy mnie do końca,która poklepała po ramieniu i swoim ciepłym słowem starała się zapełnić pustkę po duszy.Dziękuję tym osobom z całego serca..gdyż są jak aniołowie.
Boże,Jezusie,Allahu,Krishno,Buddo,Perunie,Ozyrysie...Proszę przyjmijcie mnie do siebie.Osobę która upadła strasznie nisko w swej ponurej egzystencji.Osobę którą przerosło życie...Osobę która szuka ukojenia w waszych progach...
Wybaczcie,ale ja dłużej nie mogę przyglądać się Światu.Śmierci,śmiechowi,łzom,pogardzie,życiu,radości,zmęczeniu.Proszę was abyście wybaczyli mym wrogom i sprawili aby przyjaciele o mnie zapomnieli-aby nikt nie musiał za mną tęsknić.
To chyba pożegnanie....więc,szeroki ukłon,i z uśmiechem powiedziane przez łzy krótkie: żegnajcie.
 

 
Ziemia drży pod mymi stopami,
gdy walczę z tymi cieniami.
Cios za ciosem tnę powietrze,
walczę o to w co wierze.
Lecz one nie pozostają dłużne,
zadają mi rany różne.
Cięte,kłóte i szarpane.
Kości zostają zmiażdżone.
Upadam na kolana krzycząc,
i w swej krwi bardziej brodząc.
Opieram głowę o swój miecz,
wypluwając z ust czerwoną ciesz.
Szydzą i biegają wokół mnie cienie,
"Daj Mi sił,mój miły Panie".
Gdy są pewni iż wygrali,
gdy już świętować zwycięstwo zaczynali,
wstałem na drżących nogach,
i jednym ciosem posłałem pierwszego w piach.
Reszta widząc to rzuciła się na mnie.
Chociaż wiem iż już tego nie zmienie,
to wciąż mam w sobie nadzieje.
Biorę zamach i szaleńczo się śmieje.
Gdy w końcu pokonam ostatniego,
tego najgorszego złego,
z uśmiechem padam na Ziemię,
i podnoszę bezsilnie ramię.
"Wygrałem ostatnią walkę moją...
Nie walczyłem ze zbroją.
Mimo iż teraz umieram...
Wspomnienia swe zbieram..."
Otwieram szerzej oczy i zamieram w bezdechu.
Berunie,Jezusie,Buddo,Krishno,Allahu...
Nadchodzę.Proszę,przyjmijcie mnie do siebie...